21.09.2014

3. Przyjaciele Abecadła

Z pewnością wielu z was Tarascon wydaje się aż nazbyt przyjaznym miejscem. Lasy, pola, wiejskie uliczki, ciche zakątki i niewielka, miejska przestrzeń, która tak czy nie tak raczej nie przypomina typowego miasta naszych czasów – brzmi zachęcająco, nieprawdaż?
Jednakże miasto to wcale nie jest tak piękne, jak mogłoby się wydawać.
Z dotychczasowych opisów można by wywnioskować, że tutejsi mieszkańcy żyją dość skromnie, jednak niczego nie brakuje im do godnego życia. W większości przypadków rzeczywiście tak jest. Choć mało kogo w Tarascon można by nazwać bogaczem, to z całą pewnością wielu można by przypisać do tej szczególnej grupy ludzi, którzy zarabiają zbyt mało, by pozwalać sobie na wiele wygód, ale też wystarczająco dużo, by na nic nie narzekać i prowadzić spokojne i radosne życie. Jednak każdy kij ma dwa końce: tak, jak nie można było spotkać tu zbyt dużej ilości osób zamożnych, tak można było spokojnie mówić o wielu żebrakach.
Schemat ten jest dość często spotykany, aż nazbyt dobrze znamy historie państw, w których ludzie ubodzy zdecydowanie dominowali, a ich liczba stanowiła ponad połowę całego społeczeństwa. Choć w Tarascon nie można było mówić o aż tak wielkim problemie, to z całą pewnością duża część ludzi, która tam mieszkała nie cieszyła się dobrą jakością życia.
Jeżeli już mowa o biednej części tego miasta, to warto wspomnieć, że ubóstwo nie dotyczyło tylko i wyłącznie ludzi dorosłych. Nie trudno było zobaczyć na ulicy kilkuletniego, bosego chłopca w obdartych spodniach i za dużej koszuli, który, choć z uśmiechem na twarzy, toczył życie trudne i pełne niewygody. W niejedną zimową noc dygotał z zimna pod drzwiami domu, do którego nie został wpuszczony. Takowy obdartus nie cieszył się dobrą sławą, mało kto nadal widział w nim bezbronne dziecko, dla wielu oznaczał jedynie kłopoty. Po części była to prawda, dzieci ulicy mają to do siebie, że dość szybko stają się samodzielne, a co za tym idzie: niezależne i niesforne. Takie zachowania wymusiło na nich życie, pewne cechy zostały im wszczepione przez biedę i niedostatek.
Większość uliczników to dzieci o ciele przypisanym do ich wieku i duszy osoby dorosłej i dojrzałej. Sarkastyczne uwagi z ich ust czy sprośne żarty, którymi często rzucają często szokują wielmożnych panów i panie, którzy mruczą pod nosem o braku dobrego wychowania wśród dzisiejszej młodzieży. Ich uwagi są wręcz nie na miejscu: gdy mowa o ulicznikach, trzeba pamiętać, że są to dzieci skazane wyłącznie na siebie i łaskę innych.
Z pewnością w waszych głowach pojawia się pytanie: Skąd biorą się takie dzieci? Odpowiedź jest prosta – z biedy. Jakkolwiek nie miałoby to brzmieć, trzeba brać te słowa całkowicie poważnie i nie doszukiwać się w nich żadnych metafor, bo takowe nie zostały w nich zawarte. Mały obdartus to dziecko, które nie zna miłości i rodzinnego ciepła i, co najgorsze, już nigdy nie będzie miało okazji go poznać. Nikt nie chciał bądź nie mógł nauczyć go kochać, ta trudna sztuka udaje się tylko nielicznym ludziom tego pokroju – bo jak tu nauczyć się miłości, gdy samemu nigdy się jej nie zaznało? To zadanie niezwykle trudne, dla wielu niewykonalne.
W najgorszych, a zarazem najczęstszych przypadkach ulicznicy to dzieci, które na krótko po urodzeniu zostały porzucone. Zostawione na ulicy i płaczące cicho w oczekiwaniu na matkę, której już nigdy miały nie zobaczyć. Często ktoś znajduje takie brzdąca, nakarmi go i napoi, ale nic poza tym – gdy dziecko nauczy się mówić i chodzić zostaje zdane tylko na siebie; ale nie jest tak zawsze. Jeżeli nikt nie udzieli takiemu malcowi pomocy, dziecko umrze.
Z naszej perspektywy wydaje się to rzeczą okrutną: skazywać niewinne niemowlę na śmierć z głody i zimna. Trzeba jednak wiedzieć, że nie zawsze ich śmierci winni byli niezainteresowani nimi przechodnie. Należy zdać sobie sprawę z jednej niezwykle ważnej rzeczy: takich dzieci nie było kilkadziesiąt, kilkaset czy kilka tysięcy – było ich miliony.
Szczęściarz, któremu udało się uniknąć głodowej śmierci, musiał następnie jak najszybciej wydorośleć i w jakiś sposób zacząć na siebie zarabiać. Takowe dziecko miało to do siebie, że przeważnie nie miało ani grosza, a mimo to było wstanie jakoś przetrwać i na dodatek iść przez życie z uśmiechem na twarzy. Taki już charakter ulicznika – nie ma nic, prócz wiecznego uśmiechu, którym przykrywa smutną codzienność.
W życiu każdego dziecka ulicy są dwie rzeczy, bez których z całą pewnością nie byłoby ono tym, kim jest: teatr i polityka. Jeżeli dałbyś kilkunastoletniemu chłopcu trochę grosza, a ten nie umierałby z głodu, to z pewnością kupiłby za nie bilet na najbliższy spektakl. Sztuki teatralne to w pewnym sensie jedyna kulturalna część duszy takiego smyka, dzięki której nie jest on całkowitym ignorantem w dziedzinie literatury.
Skoro teatr nazwaliśmy duszą ulicznika, to politykę możemy spokojnie ochrzcić jego rozumem. Nawet wśród najmłodszych z nich panuje ogólne przekonanie o wyższości ludu uciśnionego nad wszelką władzą. Skoro już o władzy mowa: celem każdego obdartusa jest obalenie wszelkich zwierzchników; nie szanuje on policji, kpi z dostojników, gardzi każdym kolejnym władcą – i ma ku temu powody.
Choć może wydawać się to niemożliwe, to spośród tych wszystkich godnych pożałowania dzieci nierzadko wywodzą się ludzie godni szacunku, a w niektórych przypadkach i podziwu. Tak to już czasem bywa, że ludzie, którzy nie mają nic, koniec końców zdobywają wszystko. Podejrzewam, że wynika to z ich wrodzonej wytrwałości; ktoś, kto od dziecka musiał radzić sobie sam, z całą pewnością zna wartość ciężkiej pracy i cierpliwego jej wykonywania.
W czym więc leży problem? Żeby wyjść na ludzi trzeba jakoś przeżyć.
Po głębszym zapoznaniu się z Tarascon, spokojnie można nazwać je miniaturową kopią Paryża. Różnic jest wiele, to oczywiste i myślę, że nikomu nie trzeba ich bliżej przedstawiać. Jeżeli chodzi o podobieństwa, to jedno z nich zostało ukazane wyżej – stolica Francji może bowiem poszczycić się największym zbiorem uliczników.
Jednak zostawmy Paryż, póki co nie będziemy go bliżej omawiać. Skupmy się na Tarascon.

***

Tej nocy księżyc jaśniał w całej swej okazałości. Srebrzysta tarcza rzucała jasne światło na kamienną uliczkę, którą właśnie teraz, o tak późnej porze, przechadzał się Jérôme. Jego błękitne oczy spoglądały w przestrzeń, zatrzymując się od czasu do czasu na co ciekawszym fragmencie nieba. Mimo, że był otulony jedynie w czerwoną marynarkę, chłód wcale mu nie przeszkadzał. Wzmagający się wiatr rozwiewał jego blond loki i delikatnie muskał go po twarzy. Poprawił kołnierz swojej koszuli i zatrzymał się. Przez chwilę przyglądał się jaśniejącym na niebie gwiazdom. Już dawno nie miał ku temu okazji, a trzeba wam wiedzieć, że takowe obserwacje zawsze go odprężały.
Nagle jego wzrok przykuło samotne światło w jednym z domów. Spojrzał na zegar, znajdujący się na wierzy kościoła. Już prawie trzecia... pomyślał i zaintrygowany swoim odkryciem skierował się w kierunku zagadkowego budynku.
Nie minęła nawet minuta, a już stał przy żelaznej furtce. Rozejrzał się dookoła. Całe domostwo otaczał niewielki, bardzo zaniedbany ogród, który mimo swojego krytycznego stanu zachował swoje specyficzne piękno. Jeżeli uznać słowo „zaniedbany” za odpowiednie na określenie go, to stan, w którym znajdowała się furtka i reszta bramy zdecydowanie można uznać za opłakany. W wielu miejscach można było dostrzec liczne pajęczyny i ubytki spowodowane przez rdze, która – o zgrozo! – była widoczna dosłownie wszędzie. Choć w całości była wykonana z twardego żelaza, to wydawało się, że może rozlecieć się na kawałki za sprawą jednego dotknięcia.
Patrząc na stan tego miejsca można by pomyśleć, że od lat nikt się tu nie zapuszczał, jednak światło w oknie mówiło zupełnie co innego. Ciekawość chłopaka rosła z każdą chwilą, fakt, że cały dom wyglądał na opuszczony wcale go nie zniechęcał – wręcz przeciwnie. Nawet upiorna atmosfera, którą można było tu wyczuć nie była w stanie go stąd przepędzić. Cóż, z natury był odważny, może nawet śmiały. Bardzo ciężko było go wystraszyć, sprawiał wrażenie niewzruszonego nawet w najbardziej krytycznych sytuacjach.
Nie namyślał się zbyt długo – nacisnął na klamkę i mocno pchnął furtkę. Straszliwy jęk rozdarł ciszę śpiącego już miasta. Chłopak odruchowo skulił się słysząc hałas. Zaklął w duchu poirytowany swoją głupotą. Mogłem się tego spodziewać... pomyślał i niezrażony niepowodzeniem ruszył w kierunku drzwi.
Nagle zauważył coś dziwnego. Światło zgasło. Ktoś musiał mnie usłyszeć... pomyślał.
Stanął przed głównym wejściem. Wrota wyglądały na porządne, choć ciemne drewno, z którego były wykonane wydawało się bardzo stare. Sporej wielkości klamkę urozmaicały liczne zdobienia, które zdaniem chłopaka ani trochę nie pasowały do tego osobliwego miejsca.
Rozejrzał się dookoła. W pobliżu nie było nikogo, był całkiem sam. Nie wahał się ani przez chwilę – jednym ruchem chwycił za uchwyt w drzwiach i mocno je pociągnął. Ku jego zdumieniu otwarły się bez trudu, na dodatek nie wydały przy tym nawet najmniejszego skrzypnięcia. Zmarszczył brwi. Patrząc na to, w jakim stanie znajdował się ogród i brama spodziewał się, że i drzwi będą w kiepskim stanie. Fakt, że się pomylił sprawił, że jego ciekawość jeszcze bardziej wzrosła – w końcu gdyby dom był naprawdę opuszczony nikt nie naoliwiłby drzwi i nie zgasiłby światła.
Wszedł do środka. Już na progu przywitał go odpychający zapach alkoholu i spalenizny. Zmarszczył nos i szedł dalej z grymasem obrzydzenia na twarzy. Dom nie był duży, aczkolwiek nie posiadał prawie żadnych mebli, przez co wydawał się dużo większy. Wszystkie ściany pokrywała ta sama, podarta, brudna tapeta w szarobrązowe wzorki. Podłoga była uszkodzona w wielu miejscach, pojedyncze deski skrzypiały niemiłosiernie. Dodajmy do tego jeszcze rozbite okno, a będziemy mogli podsumować to wszystko jednym słowem – rudera.
Już miał się wycofać, gdy w głębi domu zauważył kolorowy dywan. Nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że ów dywan wyglądał na nowy, a co za tym idzie – niedawno kupiony. Oczy zabłysnęły mu z podniecenia, uśmiechnął się triumfalnie. Szybkim krokiem podszedł do swojego odkrycia, aby jak najszybciej wybadać całą sprawę. Kucnął przy nim i podniósł go. Jego oczom ukazała się klapa w podłodze. Wiedziałem! pomyślał uśmiechając się szeroko. Mocno pociągnął za uchwyt, który był do niej przymocowany. Niestety, klapa ani drgnęła. Ani myślał się poddać, ponownie pociągnął za uchwyt, tym razem jeszcze mocniej. Po którejś próbie udało mu się ją otworzyć, na co zareagował cichym śmiechem. Szybko nachylił się nad otworem w podłodze i przyjrzał się dokładnie co też skrywała pod sobą tajemnicza klapa.
Zmarszczył brwi. Patrzył właśnie na drewniane schody, które z całą pewnością prowadziły do miejsca, gdzie ukrywał się tajemniczy lokator domu. Zawahał się. Nie wiedział z kim ma do czynienia, gdzie się znajdzie, jeśli zejdzie w dół, ani czy uda mu się jeszcze stąd wyjść. A jeśli to zasadzka? pomyślał. W tych stronach na pewno istnieją jakieś bandy złodziejskie, takie znajdą się wszędzie! Pokręcił głową, jakby upominał sam siebie. Szybko odrzucił tę myśl. Postanowił zaryzykować.
Powoli schodził w dół, stopień po stopniu. O dziwo z każdym krokiem było coraz jaśniej, a nie ciemniej, jak zakładał. Po chwili poczuł grunt pod stopami. Stał na miękkiej ziemi, przed sobą miał niedługi, jasny korytarz, na końcu którego znajdowały się niewielkie, białe drzwi, przy których wisiała zapalona latarnia. Podszedł do nich i przyjrzał im się dokładniej. Ku jego rozczarowaniu były dźwiękoszczelne, więc nie mógł podsłuchać co mówią ewentualni mieszkańcy tajemniczego pokoju.
Nagle drzwi otworzyły się gwałtownie. Jérôme odskoczył od nich w ostatniej chwli – zaledwie sekunda dzieliła go od złamanego nosa. Już miał rzucić się do ucieczki, kiedy zobaczył kto otworzył wrota.
– Co ty tu robisz, do licha?
Stał przed nim chłopak w niebieskiej kamizelce, białej koszuli i jasnych spodniach. Miał bystre spojrzenie i podejrzliwą minę. Jasnobrązowe włosy opadały mu na czoło, delikatnie je zasłaniając. Spoglądał na Jérôme'a ze zdziwieniem.
– Mógłbym zadać Ci to samo pytanie, Combeferre – odpowiedział zszokowany Enjolras.  
Chłopak uśmiechnął się do niego lekko i wskazał głową na pomieszczenie za drzwiami. Oboje weszli do środka.
To, co Jérôme zobaczył, całkowicie go oszołomiło. Właśnie przyglądał się grupce mężczyzn siedzących przy kilku stołach i nie byłoby w tym nic dziwnego, gdyby nie fakt, że znał każdego z nich. Na ścianie wisiało kilka latarni, które oświetlały to tajemnicze miejsce i rzucały światło na twarze zdziwione widokiem Enjolrasa. 
– Znalazłem go w korytarzu – zaczął Combeferre z uśmiechem – Wydaję mi się, że to ten człowiek jest odpowiedzialny za dziwne odgłosy w ogrodzie. 
– Co ty tu robisz? – zapytał blondyn – Co  w y  tu robicie? 
– Jak już mówiłem mam prawo zapytać cię o to samo. Nasza wiedza na twój temat do tej pory kończyła się na fakcie twojego wyjazdu z Paryża. Teraz przynajmniej wiemy gdzie jesteś, więc ostatnią rzeczą, jaką możesz się z nami podzielić jest powód twojego wyjazdu. No, ewentualnie możesz nam jeszcze powiedzieć jak nas tu znalazłeś. 
Enjolras stał jak wryty. Przyglądał się z coraz większym zdziwieniem znajomym twarzą, raz po raz któryś z przyjaciół obdarzał go uśmiechem. Nagle jego wzrok padł na Grantaire'a. Chłopak siedział przy stole sam, chyba, że liczyć butelkę wina, którą trzymał w ręce. Patrzył na blondyna dziwnie nieprzytomnym wzrokiem. Znowu jest pijany... Ludzie się jednak nie zmieniają. pomyślał Enjolras i zaszczycił go pogardliwym spojrzeniem.
– Halo, czekamy na wyjaśnienia! – powiedział Courfeyrac szeroko się uśmiechając.
Jérôme dopiero teraz zauważył chłopaka. Właśnie wyłonił się z tłumu i przyglądał mu się swoimi radosnymi, brązowymi oczami. Wydawało mu się, że to właśnie on najbardziej cieszył się z jego przybycia. Nie wiedział jak bardzo się mylił...
– No dalej, Enjolras. Czekamy – dodał Combeferre.
Blondyn usiadł na krześle przy jednym ze stolików.
– No więc tak – zaczął – Wyjechałem z Paryża, co już wiecie. Przyjechałem tutaj, do Tarascon – to także zauważyliście. Nie wiem dlaczego wybrałem to miejsce, to raczej kwestia przypadku. Chciałem odpocząć.
– Od czego?! – krzyknął całkiem już pijany Grantaire. 
– Od ciągłego hałasu. Paryż to już nie miejsce dla mnie, teraz potrzebuję ciszy i spokoju – odparł chłopak, poprawiając marynarkę.
Combeferre spojrzał na niego z po wątpieniem.
– Pierwszy raz słyszę, żeby Jérôme Enjolras życzył sobie ciszy i spokoju. To do ciebie kompletnie nie pasuje, uwierz mi. 
– Nie dbam o to, co do mnie pasuje, a co nie – Mówiąc to cały czas obserwował kątem oka Grantaire'a – Odpowiedziałem już na wasze pytania. Teraz wasza kolej. 
– Hola! – krzyknął Grantaire, idąc w jego kierunku chwiejnym krokiem – Jak nas tu znalazłeś... co?! Jest przecież noc! O! – Wskazał ręką na nieistniejące okno – Ciemno! Użyłeś magii... prawda?! – Oparł się na jego ramieniu i zaczął się śmiać. 
– Nie, dobrze wiesz, że nie używam magii – warknął Enjolras – Zostaw mnie Grantaire! – odepchnął od siebie chłopaka, a ten padł na krzesło nadal się śmiejąc – Do diabła, ile on wypił?! 
Courfeyrac zaśmiał się dźwięcznie.
– Zdecydowanie za dużo – warknął Combeferre.
– Nic nowego – dodał Courfeyrac nadal się uśmiechając – Wybacz, że znowu o to zapytam, ale jak nas znalazłeś? 
– Zapalone światło o tej godzinie to nienajlepszy pomysł – odparł blondyn. 
– Szlag! – zaklął Combeferre – To przez Grantaire'a, błądził po pierwszym piętrze z latarnią. Jak widać nie mógł się oprzeć winu, które tu przyniosłem – Westchnął, po czym dodał: – Trudno, pora zaspokoić i twoją ciekawość. Szczerze powiedziawszy mieliśmy nadzieję, że cię tu znajdziemy. Staraliśmy się jakoś cię wyśledzić, ale masz już trochę więcej niż siedemnaście lat i w momencie, gdy nie używasz magii dość ciężko cię namierzyć. Mimo naszych starań nie udało nam się stwierdzić gdzie dokładnie jesteś, jedyną wskazówką był fakt, że jesteś gdzieś w dolinie Eautourment. Jest tu dość sporo miast, ciężko było nam cię znaleźć. Przyjechaliśmy tu kilka dni temu i postanowiliśmy ulokować się tutaj. Fakt, to obrzydliwa rudera, ale przynajmniej nie rzuca się w oczy. 
– Chyba, że ktoś zapala światło w środku nocy... – mruknął Jean Prouvaire, niebieskooki chłopak o delikatnym usposobieniu. 
Enjolras mimowolnie uśmiechnął się. 
– Koniec końców to ty znalazłeś nas – dokończył Combeferre z uśmiechem – Jakieś pytania?
– Zdecydowanie – odpowiedział Jérôme – Dlaczego chcieliście mnie znaleźć? Mówiłem wam, że wyjeżdżam, że uważam, że nasza działalność nie ma już sensu, że... 
– Sęk w tym – przerwał mu Combeferre – że nasza działalność po raz pierwszy może mieć  naprawdę duże znaczenie.
Wszyscy zamilkli. Enjolras patrzył szatynowi prosto w oczy. To jedno zdanie obudziło w jego sercu to, czego nie czuł już od bardzo dawna, a do czego z całą pewnością został stworzony. Spóścił wzrok. Przez chwilę wpatrywał się w przestrzeń. 
– Coś mnie ominęło? – zapytał zniżając głos.
– Dość sporo – odparł poważnym tonem Courfeyrac – Francja nie ma się najlepiej. To miasto jest zbyt zacofane, żeby wiadomości docierały aż tutaj, nawet w Paryżu są dość nieoficjalne i niewielu o nich wie. Jest coraz gorzej, Jérôme.
– Coraz gorzej... – powtórzył Grantaire, kładąc się na stole. 
– Co się dzieje? – powiedział Enjolras z przejęciem – Mówcież wreszcie, przecież muszę wiedzieć! Wyjeżdżam dosłownie na chwilę, a już dzieje się coś złego... 
– Ministerstwo sobie nie radzi – zaczął Jean – Grindelwald z każdym dniem rośnie w siłę, jego armia non stop się powiększa. Wielu to nie obchodzi, bo myślą, że nas, Francuzów to nie dotyczy.  Niestety: mylą się. 
Blondyn przez chwilę siedział bez ruchu. Jego wzrok był utkwiony w jednym miejscu, wydawało się, że przeistoczył się w posąg. Nie wiedział co powiedzieć, nie wiedział co myśleć. Do tej pory wydawało mu się, że działania Przyjaciół Abecadła, to jest grupy, do której należał nie miały sensu, że wraz z towarzyszami nie mają szans na wskóranie czegokolwiek. To dlatego wyjechał ze stolicy, dlatego zrezygnował z działań politycznych, które prowadził wraz z przyjaciółmi. Stracił nadzieję, myślał, że Grindelwald zniszczy sam siebie, zanim dojdzie do tragedii. Teraz nie był już tego pewien, nie był pewien niczego. Czuł, jak w jego sercu budził się duch walki, jak wzrasta w nim potrzeba aktywnego udziału w sprawach Francji. Nie wiedział co robić, jedynym słusznym wyjściem wydawał mu się teraz tylko powrót do Paryża.
– Co zamierzacie? – zapytał – Zrobicie coś z tym? Przyjaciele Abecadła znowu zaczną działać? Wrócicie do Paryża? 
– Nie Enjolras – powiedział Combeferre – Ty wrócisz z nami.

Od Tristesse: No więc tak. Na dzień dzisiejszy przewiduję niestety kilka spraw organizacyjnych, ale radzę je przeczytać, bo są dość ważne.
Rozdział miał się pojawić wieki temu, ale jak to często ze mną bywa pojawił się dopiero dzisiaj. Jest kilka powodów, przez które stało się tak, a nie inaczej, a mianowicie: pod koniec wakacji zaczęły się próby do artystycznego rozpoczęcia roku, na które musiałam chodzić, więc pisanie automatycznie odpadało. Przez długi czas bardzo źle się czułam, nie jestem pewna czy nie powinnam przejść się do lekarza, czuję się naprawdę coraz gorzej. No i ostatni powód, który może się wydawać najbłahszy to fakt, że ostatnio znowu złapała mnie lekka depresja z powodów dość istotnych i nie miałam siły wstać z łóżka. Nie będę zdawać wam relacji z tego co się stało, bo wątpię, żeby was to jakoś szczególnie interesowało, ale gdyby ktoś chciał pogadać (niekoniecznie o tym, tak po prostu), to jestem jak najbardziej chętna.
No i cóż, teraz przechodzimy do najważniejszej części mojego wywodu: nastąpiła bardzo ważna zmiana fabuły w tymże opowiadaniu. Mianowicie: zmieniłam czas akcji na lata 1831 – 2. Wiem, że to duży przeskok, prawie sto lat, ale uświadomiłam sobie, ze bez tego całe opowiadanie po prostu mi nie wyjdzie. Musicie mi to wybaczyć!
Kolejną zmianą jest niestety złamanie kanonu. Aby te fanfik mógł dalej "się pisać" musiałam postarzeć Grindelwalda o... niecałe sto lat! Nie wiem czy bardzo was to zmartwi, bo prawda jest taka, że w opowiadaniach tego typu nie mówi się zbyt wiele o tej postaci, ale chciałam was uprzedzić, że takowa zmiana została wprowadzona.
Zmiana numer trzy to praca ojca Stacy. Ponieważ stwierdziłam, że "tym złym" w moim opowiadaniu będzie Gellert, a nie Tom, to chyba logiczne, że szanowny pan Moor ze śmierciożercy awansował na sługę Grindelwalda. Mam nadzieję, że i to zostanie mi wybaczone.
To chyba wszystkie zmiany, przed napisaniem tego rozdziału miałam trochę roboty z poprawianiem poprzednich, żeby wszystko ze sobą grało. Zostało mi jeszcze zmienienie dialogu Stacy i Jérôme'a (tak, muszę wymazać tę wstawkę o samolotach. Mamy dziewiętnasty wiek, skąd mi się nagle one wzięły!). Gdybyście zauważyli jakieś nieścisłości, to proszę, napiszcie mi o tym! Mogłam coś w końcu przeoczyć!
Rozdział dedykuję mojej Em, która pewnie i tak tego nie przeczyta, ale cóż. Chcę, żebyście wiedzieli, że gdyby nie jej pomoc, to nie miałabym prawdopodobnie siły otworzyć bloggera. Dziękuję Ci kochanie, Twoje szantaże są jednak bardzo potrzebne!
Ach! Jeszcze jedno! Nie wiem czy mnie za to zjecie czy nie, ale od jutra zaczynam pracę nad nowym szablonem. Wiem, że ten wam się podoba, ale uwierzcie mi, ten nowy będzie dużo lepszy! Chcę dodać kilka nowych podstron, w tym słownik (bo kilka osób pisało już do mnie o wskazówki, co do wymowy poszczególnych wyrazów). Więc nie fochajcie się kaczuszki, tylko czekajcie na nowy, dużo lepszy szablonik!
Całuję,
Tristesse